Nie przy stole #1 – Standing party?

W ramach rozwijania naszego wspólnego bloga, wymyśliłam zupełnie nowy cykl, który będzie małą odskocznią od Recenzji i Naszym Okiem. Cykl ten wpisuje się w Tematy okołoplanszowe, będzie składał się z 10 odcinków i ukazywał się średnio 2 razy w miesiącu. Seria Nie przy stole to mała wariacja na temat planszówek: gdzie, w co i dlaczego grać. Planszówki inaczej: bez krzeseł, bez stołu, a czasem w ruchu, wpisane w nowy kontekst. Odświeżenie starych tytułów, spojrzenie na nowe lub mniej popularne. A zatem przed wami część pierwsza!
_________________________________________________________________________________________

timesupKarnawał jeszcze trwa, a wraz z nim wiele okazji do spotkań ze znajomymi. Umierającą imprezę, która niebezpiecznie zmierza w kierunku YouTube.com (Klik, klik. „Nie uwierzysz, co ostatnio widziałem! Musisz to zobaczyć, mega dobre!” Rech-rech.) można ocalić właściwie każdą party game. Wyobraźmy sobie następujące sytuacje:

Sytuacja nr 1: Umawiacie się z przyjaciółmi u kogoś w mieszkaniu. Wjeżdżacie windą na piąte piętro (opcja ze schodami dla bardziej wysportowanych), dzwonicie i… Okazuje się, że z domu waszego znajomego jakaś magiczna siła wyniosła wszystkie sprzęty: nie ma stołu, krzeseł, foteli, szafek, lodówki.

Sytuacja nr 2: Jadąc windą do waszego przyjaciela (w końcu głównie gracie w planszówki, a nie uprawiacie bieg przez płotki) zacinacie się pomiędzy 3 a 4 piętrem w kilka osób. Okazuje się, że wasze telefony są rozładowane, blok opustoszał, bo za rogiem jest wielki festyn, a kumpel zwyczajnie zapomniał, że miał się z wami spotkać i poszedł na piwo.

To jednak nie przeszkadza wam w niczym (co mądrzejsi wzięli ze sobą jakieś przekąski i coś do picia) – możecie przecież zagrać na stojąco!

Od przedszkola

Wiele współczesnych, imprezowych gier planszowych czerpie z zabawy, którą chyba każdy z nas pamięta z dzieciństwa. W głębokich latach 90. kalambury doczekały się nawet swojego programu telewizyjnego (pamiętacie Malajkata, rysującego różne obrazki-klucze na wielkim białym bloku?). Zasady są proste: dzielicie się na drużyny, wymyślacie sobie nawzajem hasła z różnych kategorii i na zmianę pokazujecie je i rysujecie. Taką grę można przygotować samemu w 5 minut, a przez kolejną godzinę czy dwie mieć niezły ubaw. Ostatnio z Gnomem i naszymi wspólnymi znajomymi złapaliśmy zajawkę właśnie na tę grę w pokazywanie i rysowanie, a do przygotowania wielu zabawnych i prawie niemożliwych do przedstawienia haseł (Yog-Sothoth, Jedna z córek McLeoda, Mordekaiser) zainspirowała nas propozycja wydawnictwa Rebel.pl, a mianowicie: Time’s Up!

Time’s Up! to gra dla minimum dwóch par (4 – 12 graczy), których zadaniem jest odgadnięcie haseł przygotowanych na kartach. Karty są podzielone na dwie części: żółtą i niebieską (w domyśle twórców: łatwą i trudną), i na każdej z nich widnieje imię i nazwisko jakiejś postaci, np. słynnego sportowca, znanej piosenkarki, ulubionego bajkowego bohatera itp. Zadaniem drużyn jest odgadnięcie pełnego imienia i nazwiska bohatera z karty (przed rozgrywką umawiamy się, na którym kolorze gramy) w jak najkrótszym czasie, bowiem zawartość pudełka wzbogaca mała klepsydra. Rozgrywka dzieli się na trzy rundy: w pierwszej możemy użyć tylu słów, ilu chcemy, ważne jednak, by nie używać wyrazów z karty, ani nie mówić na jaką literę zaczyna się imię/nazwisko/pseudonim postaci; w drugiej możemy użyć jednego słowa i sugeruję by nie był to wyraz „piosenkarz”, gdy opisujemy Michaela Jacksona albo „piłkarz”, gdy na myśli mamy Jerzego Dudka…; w trzeciej możemy jedynie pokazywać i wydawać odgłosy.

Sklepy z planszówkami roją się od tytułów imprezowych, które nie potrzebują stołu i krzeseł. Od mniej interesujących Kalamburów wydanych przez Trefla, po średnie Activity, aż po całkiem dobre pozycje, jak Tabu i Daję głowę!

Tabu to również gra drużynowa dla czterech i więcej graczy. Jej reguły są bardzo proste i nieco podobne do opisanego Time’s Up! tabuGracze dzielą się na dwie drużyny, zadaniem każdej jest zdobyć jak najwięcej punktów. A można tego dokonać umiejętnie opisując hasło z karty. Wszystkie karty podzielone są na cztery części, w czterech kolorach (zielonym, czerwonym, żółtym i granatowym) i przed partią umawiamy się, który kolor będzie używany. Na karcie pod każdym słowem, które odgadnąć mają nasi współgracze, są wypisane hasła, których nie możemy wypowiedzieć w ramach opisywania powyższego wyrazu. Jeśli jednak w ferworze walki użyjemy zabronionej podpowiedzi, jeden gracz z drużyny przeciwnej, który ma wgląd do naszej karty, naciska na przycisk piszczałki dołączonej do pudełka i tym samym – alarmuje o oszustwie, za które przyznawane są punkty karne. Podczas naprowadzania drużyny na prawidłowe hasło nie wolno nic pokazywać, mówić na jaką literę zaczyna się wyraz, ani wydawać odgłosów.

Daję głowę! to inna propozycja przygotowana dla większej ilości graczy. Można w nią grać od 4 do 50 osób (!), więc nie próbujcie bawić się w maksymalnym gronie, w windzie. Cała gra zamknięta jest w kwadratowym, blaszanym pudełku. W środku znajdują się karty, a na każdej z nich trzy zadania do realizacji. Każdy z graczy dostaje jedną kartę na umówiony czas rozgrywki (w instrukcji znajdujemy sugestię, że optymalna będzie dwugodzinna zabawa). Podczas tych przykładowych 2 godzin musimy zrealizować swoje zadania, które cóż… mogą mieć niewiele wspólnego z klimatem przyjęcia czy aktualnie toczącą się rozmową. Sztuka jednak polega na tym, by wykonać to wszystko tak, aby nasi współgracze się tego nie domyślili. Po 30 sekundach od momentu zakończenia naszego zadania możemy o tym poinformować innych. Za każdą dobrze wykonaną misję otrzymujemy określoną ilość punktów. Kiedy jednak my lub jakiś inny gracz zauważymy, że ktoś robi coś po-dej-rza-ne-go, wówczas możemy krzyknąć: „Daję głowę, że to i to jest twoim zadaniem”. Jeśli oskarżająca osoba ma rację, zdobywa 2 punkty, jeśli nie, otrzymuje 1 minusowy punkt. Wygrywa ten, kto na koniec zgromadzi jak najwięcej punktów.

Do teraz

dajegloweGry imprezowe dają mnóstwo uciechy i prawie zawsze gwarantują udane kilka godzin zabawy („Ja chcę jeszcze raz!”). Zaletą przedstawionych tytułów jest niewątpliwie to, że wystarczy nam mały kąt, aby dobrze się bawić i tak naprawdę nie potrzebujemy nic oprócz zawartości pudła (stół i krzesła są naprawdę zbędne do samej gry). Każda z tych gier jest dobrym sposobem na urozmaicenie czasu, nie każda jednak będzie cieszyła się długą żywotnością: zdecydowanie najszybciej znudzi nam się Time’s Up!. Po kilku rozgrywkach słowa, jakich używamy do odgadnięcia hasła są ograne i każdy wie o co chodzi (wystarczy dwóch graczy, którzy grali się ze sobą wcześniej, żeby rozwalić zabawę innym). Na pewno dłużej zabawi nas Tabu – kart jest trochę więcej, a ponadto nie są podzielone na dwie, ale aż cztery części. Niemniej ilość kart jaka schodzi podczas takich rozgrywek jest ogromna, dlatego po jakimś czasie może spotkać ją taki sam los (zwłaszcza jeśli ciągle wałkujemy grę w tym samym gronie). Najdłuższą żywotnością może pochwalić się Daję głowę! Podczas jednej partii schodzi – porównując – bardzo mało kart, ale i taka jest specyfika tej gry, że będziemy sięgać po nią znacznie rzadziej (ciekawym wariantem, również proponowanym przez twórców, jest próba wykorzystania Daję głowę! podczas grania w jakiś inny tytuł). Tabu i Daję głowę! zdobywają dodatkowe plusy za prostotę instrukcji, w Time’s Up! prezentacja reguł gry jest zdecydowanie zbyt zawoalowana.

* * *

Sytuacja nr 3: Wszyscy razem wyłaniacie się z windy, a następnie przekraczacie próg klatki, wychodząc na mroźny dwór. To było naprawdę udane standing party, nie sądzisz?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: